Nemi, 23 czerwca 2005 r.

Drodzy Przyjaciele misji i misjonarzy!

Z pewnością zdziwicie się, czytając niniejszy list pisany w Nemi pod Rzymem. Skąd się tu wziąłem? Przecież w ostatnim liście informowałem Was, że z ważnych powodów byłem zmuszony odłożyć urlop na rok 2006.

Otóż już w roku 2004 wraz z moim niemieckim współbratem, o. Hansem Runkelem, zgłosiliśmy się na dwumiesięczny „Kurs Odnowy Duchowej”. Jednak potem, gdy nagle otrzymałem pieniądze na budowę kościoła parafialnego w Mbata, wycofałem się z tego kursu. To samo uczynił o. Hans.

Jednak dwa miesiące przed rozpoczęciem kursu okazało się, że od nas dwóch zależy czy kurs dojdzie do skutku, czy też nie. 26 maja opuściliśmy więc wyspę Flores i przez Hongkong polecieliśmy do Europy.

Program kursu w Nemi był bardzo bogaty. Wypełniły go wykłady na temat Pisma Świętego i różnych problemów teologicznych, misjologicznych, a następnie rekolekcje.

W ramach rekreacji zwiedziliśmy miejsca urodzenia ostatnich kanonizowanych werbistów: założyciela św. Arnolda Jansena (Goch) i jego współbrata św. Józefa Freinademetza (Oies k. Tyrolu) oraz Asyż, Rzym, Monte Cassino. Uwieńczeniem tej wyprawy było spotkanie z Ojcem Świętym w jego letniej rezydencji Castel Gandolfo.

W ogóle „Kurs Odnowy Duchowej” ma na celu zweryfikowanie jakości życia uczestników. Wiadomo, że przez konkretną pracę, np. na misjach, kształtujemy swoją osobę. Dlatego w czasie tego kursu mieliśmy rozważyć, jaki wpływ ma nasza praca – duszpasterska, katechetyczna i niejednokrotnie fizyczna – na naszą osobowość, czy zmieniła nas na lepsze. Istnieje przecież niebezpieczeństwo przesadnego „aktywizmu”, względnie gonitwy za owocami pracy. Nie ma się wtedy czasu, aby zadbać o wiarygodność chrześcijańskiego świadectwa.

Pięć lat temu odwiedziłem Chiny. Spotkałem tam trzy siostry werbistki. Siostry były już w podeszłym wieku. Mimo wielu lat spędzonych w więzieniach i obozach pracy, nie można było zauważyć u nich zgorzknienia czy rozczarowania życiem z powodu doznanych cierpień. Przeciwnie, były pełne wewnętrznego pokoju i radości. Te siostry mogą powiedzieć całemu światu: „Komunizm zdołał zabrać nam wszystko: szkoły, szpitale, domy dla sierot i domy opieki społecznej. Jednak komunistyczny rząd nie potrafił odebrać nam tego, kim jesteśmy, gdyż pozostałyśmy zawsze i wszędzie wiernymi uczennicami Jezusa”.

Z tego przykładu widać, że o wiele większe znaczenie ma to „kim jesteśmy”, w przeciwieństwie do tego „co mamy”. Kiedyś usłyszałem o bł. Matce Teresie z Kalkuty pewną historię. Otóż pewnego razu zapytała ona umierającego Hindusa w „domu spokojnej śmierci”, czy chciałby zostać chrześcijaninem. Wówczas umierający Hindus odpowiedział: „Matko, ja niewiele wiem o twoim Chrystusie. Ale jeśli ten Chrystus jest taki jak ty, wówczas uważam, że i ja mógłbym zostać chrześcijaninem”. Jeśli więc pragniemy, aby niewierzący i wątpiący powiedzieli nam to samo, co ten Hindus Matce Teresie, to musimy naprawdę odnowić jakość i wiarygodność naszego świadectwa.

Serdecznie wszystkim dziękuję za dotychczasową współpracę w dziele misyjnym Kościoła i proszę o dalszą współpracę przez modlitwę i ofiary.

Wasz misjonarz

o. Stefan Wrosz