Kochani!
Obecnie pracuję w internacie
przy naszej szkole pielęgniarskiej. Wcześniej ponad 10 lat przepracowałam w
szpitalu, w duszpasterstwie chorych.
Każdego roku w
szpitalu jedna, dwie, a nawet trzy osoby stawały się chrześcijanami w okolicznościach,
które krótko można nazwać cudem. O jednym takim pacjencie chciałabym Wam opowiedzieć.
Był to człowiek jeszcze dość młody, ale ze względu na trudną przeszłość wyglądał
poważnie jak na swój wiek. W młodości ożenił się i miał syna. Pewnego razu
wywędrował za pracą do miasta. Tam popadł w konflikt z prawem i znalazł się w
więzieniu. Po wyjściu z niego nie miał odwagi wrócić do rodziny. Wiódł przez
kilka lat życie bezdomnego, czasami pracując dorywczo. Wydawało się, że ten
człowiek stał się zupełnie bezwartościową osobą, o której nikt już nie pamięta.
A jednak Bóg nie zapomniał o nim. Okazuje się, że często to, co po ludzku jest
wielkim nieszczęściem, w oczach Boga jest łaską. W przypadku pana Sato tą łaską
była choroba. Dzięki opiece społecznej znalazł się u nas w szpitalu. Pewnego
dnia, może trochę z nudów i trochę z ciekawości, zawędrował do kaplicy. Jest
ona dostępna dla wszystkich przez cały dzień. Wystawiony Najświętszy Sakrament przemówił
do pana Sato, jak kiedyś krzyż do św. Franciszka w San Damiano. Zaczął zaglądać
do kaplicy coraz częściej i uczestniczyć nawet we Mszy św. Na pewno był to
błogosławiony czas w jego życiu. Przebywał w bezpiecznym miejscu i miał wokół
siebie życzliwych ludzi. Dzięki temu odkrył lepsze oblicze życia. W tym czasie
nasza pracownica socjalna pomogła mu odnaleźć rodzinę. Okazało się, że jego
żona z synem umarli. Pozostali mu brat z żoną, którzy zechcieli się z nim spotkać.
Było to bardzo wzruszające spotkanie. Nikt sobie niczego nie zarzucał, tylko
radowali się sobą wzajemnie. Na stoliku obok łóżka pojawiło się nawet zdjęcie
syna.
Równolegle do zmian zewnętrznych
zachodziły też zmiany w jego sercu. Był to niesamowity widok, gdy siedział w
ostatniej ławce w kaplicy i spoglądał słodkim wzrokiem na Pana Jezusa w hostii.
Czasu miał już niewiele, bo choroba czyniła postępy. Jedna z sióstr przeprowadziła
z nim specjalną, skróconą katechezę. Nadszedł więc dzień chrztu świętego. Odbył
się on bardzo uroczyście. Chrzestnym został ordynator szpitala. Przyjęcie
sakramentu miało miejsce w sali, ponieważ chory potrzebował stałego podłączenia
do tlenu. Wielu pracowników szpitala przyszło na tę uroczystość.
Następnego dnia
przyjął pierwszą Komunię św. Był akurat mój dyżur i dane mi było zobaczyć pana
Sato bardzo wzruszonego. Był tak przejęty, że nie wiedział jak ułożyć ręce, by przyjąć
Pana Jezusa (w Japonii Komunię św. przyjmuje się na ręce). Kiedy już Pan Jezus
spoczął w jego dłoniach, popatrzył na Niego niezmiernie zadowolony i jakby
zdumiony. Gdyby znał słowa Magnificat,
to na pewno wyśpiewałby je wtedy: „uczynił mi Pan wielkie rzeczy i wielkie jest
imię Jego”, ale można było je wyczytać z jego oczu. Wkrótce odszedł do domu
Ojca... Jego spotkanie z żoną i synem też musiało być wielką radością Nieba.